TYLOVA LÉTA 2013

źródło: tylovaleta.cz

źródło: tylovaleta.cz

Dwudziestego września w Hradci Králové odbyła się siódma edycja festiwalu muzycznego „Tylova léta”. Nazwa pochodzi od nazwiska J.K Tyla, współtwórcy czeskiego hymnu oraz patrona gimnazjum, które zainicjowało powstanie festiwalu. Reprezentacja redakcji pozorczechy udała się do Hradce Králové aby przeprowadzić relację z tego wydarzenia. Na początku warto nadmienić, że Hradec Králové jest oddalone od Pragi zaledwie o 116 km co sprawia, że dotarcie na festiwal zajęło nam zaledwie godzinę i piętnaście minut. Dodatkowo droga przebiegła w komfortowych warunkach w żółtym autobusie Student Agency. Za opłatę równą 100 kc otrzymaliśmy kawę, gazetę oraz możliwość słuchania muzyki. Same pozytywy, a jeśli dodamy do tego tani bilet wstępu na sam festiwal (zaledwie 190 kc) jest już generalnie pięknie. Kiedy myślimy festiwal wyobrażamy sobie otwartą przestrzeń, tłumy ludzi oraz tanie piwo. W tym przypadku tylko to ostatnie się potwierdziło. Świetne, hradeckie piwo za 25 kc to zdecydowanie to co tygrysy lubią najbardziej.

Festiwal odbywał się w hali miejskiego domu kultury Střelnice i niestety ku mojemu zdziwieniu nie wzbudził wielkiego zainteresowania. Może z wyjątkiem koncertu pilzneńskiej grupy Mandrage, na którym pojawiła się zdecydowanie największa liczba ludzi. Pozostałe koncerty odbyły się w bardzo klimatycznej atmosferze. Niezaprzeczalnym plusem tego był świetny kontakt jaki artyści nawiązali z przybyłymi. Skoro o artystach mowa w tym roku zadbano o świetny line-up. Do Hradce ściągnięto takie sławy czeskiej sceny muzycznej jak Sunshine czy Mandrage. charyzmatyczną grupę Airfare oraz sentymentalnego wokalistę Michala Motyčke noszącego pseudonim Niceland. Czeską czwórkę uzupełniono słowacką grupą From Our Hands. Wszystko zatem utrzymane w podobnej stylistyce idealnie ze sobą współgrało. Wielbiciela dobrego rocka i muzyki alternatywnej z pewnością opuścili Střelnice w dobrych nastrojach.

Konferansjerką od samego początku miał się zająć niesamowicie popularny w Czechach duet Viral Brothers, który zasłynął cyklem prześmiewczych filmików pt: „Deblíně kecy….” umieszczanych na portalu youtube. „Česky styl”, będący przeróbką Gangam Style zna w Czechach niemal każdy. Niestety problemy z samochodem sprawiły, że dotarli oni do HK ze sporym opóźnieniem. Jeśli mam być szczera większość ludzi nawet nie zauważyła ich nieobecności.

Wracając jednak do muzycznej części festiwalu na pierwszy ogień poszedł Niceland.

Nie miał on zbyt łatwego zadania, ponieważ podczas tego występu sala była jeszcze właściwie pusta. Artysta wyposażony w gitarę, butelkę wina oraz charyzmatyczny wokal robił co mógł, żeby młoda publiczność opuściła bar i pojawiła się pod sceną. Po zagraniu piosenki „Come On” ta sztuka ostatecznie mu się udała. Koncert trwał lekko ponad 40 minut i stał na naprawdę wysokim poziomie. Z minuty na minutę w sali robiło się ciemniej i gęściej, a najlepsza zabawa odbywała się na piętrze, skąd większość ludzi z piwem w ręku obserwowała co dzieje się na dole. Po zakończeniu występu czekała wszystkich 30-minutowa przerwa podczas, której do swojego występu przygotowywał się słowacki zespół From Our Hands. Muszę przyznać, że wcześniej nie słyszałam o chłopakach z Kosic. Małe faux pas z mojej strony, ponieważ są naprawdę rewelacyjni. Po reakcjach publiczności można wywnioskować, że ten niesamowicie energetyczny występ przypadł do gustu wszystkim bez wyjątku.

Trzeci koncert to wspomniana już wcześniej grupa Mandrage.

źródło: tylovaleta.cz

źródło: tylovaleta.cz

Jak na każdy koncert wchodzący w skład tourne pt: „Moje krevní skupina”, zespół miał przygotowaną specjalną oprawę rekwizytową z kotarą z logo płyty na czele. Jej zamontowanie trwało dobre kilkanaście minut co znacząco wydłużyło czas oczekiwania na występ. Tak czy owak, sala wypełniła się praktycznie po brzegi a przedział wiekowy publiczności znacząco się odmłodził. Nie jest to jednak, żadną tajemnicą, że grupa wiekowa do jakiej ostatnimi czasy trafia zespół Mandrage to głównie młodzież gimnazjalna. Największy szał zapanował oczywiście w momencie kiedy rozbrzmiały doskonale znane wszystkim hity „Šrouby a matice””, „Františkové lázně” czy „Hleda se žena”. Cała sala śpiewała razem z Vitou Starým i Pepou Bolanem. Moją uwagę ponownie przykuł natomiast genialny perkusista Matyas Vorda oraz dym wypuszczany w rytm piosenki „Mechanik” zagranej na bis.

Przedostatni koncert to jak dla mnie najciekawszy występ tego festiwalu. Praska grupa Airfare, której wokalistą jest Thomas Lichtag chłopak pochodzący z Ameryki ale od kilku lat mieszkający w Czechach.

źródło: tylovaleta.cz

źródło: tylovaleta.cz

Od jakiegoś czasu namiętnie słucham piosenek tej grupy ale zaskoczyło mnie jak dobrzy są na żywo. Brzmienie praktyczne w ogóle nie odbiega od tego co można usłyszeć na płytach. Dodatkowo uroczy sposób w jaki mówi frontman sprawia, że występy tej grupy długo pozostają w pamięci. Oprócz doskonale znanych wszystkim piosenek takich jak „Summer girl” czy „Radio” chłopcy zagrali również nowe kawałki, które jak obiecali znajdą się na najnowszej płycie nad, którą właśnie kończą pracować. Warto odnotować, że była to jedyna grupa, która tego wieczoru potrafiła zmobilizować publiczność do wspólnego śpiewania. Piosenka pt: „Radio” była do tego wprost idealna.

Jako ostatnia zagrała indie – rockowa grupa Sunshine. Nie jest już chyba żadną tajemnicą, że to mój ulubiony czeski zespół i, że na ten występ czekałam najbardziej.

źródło: tylovaleta.cz

źródło: tylovaleta.cz

Oczywiście się nie zawiodłam. Kay i spółka jak zwykle rewelacyjni. Niesamowicie żywy koncert, z ciekawie przygotowanym set listem. Nie zabrakło zarówno piosenek pochodzących z ostatniego albumu „Karmageddon” jak i starszych kawałków z doby „Velvet suicide” czy „Dreamer”. Pełna euforia zapanowała podczas hitów takich jak „Top! Top! The Radio” czy „K.I.D.S”, które już chyba na stałe weszły do kanonu najlepszych czeskich piosenek sceny alternatywnej. Żeby nie było jednak tak różowo, bardzo zaskoczyła mnie frekwencja podczas tego koncertu. Oczywiście nie zabrakło prawdziwych fanów, znających tekst każdej piosenki co się oczywiście ogromnie chwali. Dostrzegłam również kilka osób w koszulkach z ostatniej trasy koncertowej „Back To The Roots”, ale nadal nie rozumiem tak małej liczby ludzi pod sceną. Nie będę się bawiła w szacunki ale z góry wyglądało to nie najlepiej. Winna tej sytuacji mogła być późna pora. Koncert trwał do godziny 1:00, ale to nie powinno być żadne tłumaczenie.

Po zakończeniu festiwalu, każdy kto zachował miętową opaskę otrzymywał darmowy wstęp na after party, które odbywało się w klubie Ozzies. Jak widać organizatorzy zadbali aby goście byli w pełni usatysfakcjonowani.

Podsumowując, był to naprawdę bardzo przyjemny wieczór wypełniony po brzegi świetną muzyką i przyjemną atmosferą. Od strony organizacyjnej wyglądał naprawdę bardzo porządnie a jedyną rzeczą in minus była niestety frekwencja. Tak czy siak jak wiadomo, że nie liczy się ilość tylko jakość a w tym przypadku jakość dała radę.

A.n.č.